lifestyle

Peacemaker. Superbohater, czy żart?

Kim jest Peacemaker? Do niedawna postacią kompletnie zapomnianą w świecie komiksów DC, aż do niedawna, kiedy stała się gwiazdą w kinowym uniwersum DCEU. Jakim cudem? Czy Peacemaker jest kimś więcej niż tylko żartem?

Serial Peacemaker jest spin-offem do filmu Jamesa Gunna pt. Legion Samobójców: The Suicide Squad z ubiegłego roku. Film ten był swego rodzaju sequelem, jak i rebootem do Legionu Samobójców Davida Ayera z 2016 roku. Dzieło Jamesa Gunna zebrało masę świetnych recenzji, a pomimo to okazała się gigantyczną klapą finansową. Przyczyniła się do tego zła sława poprzedniego filmu, kiepski marketing, realia pandemiczne, oraz kontrowersyjna hybrydowa dystrybucja filmów Warner Bros, o czym możecie więcej przeczytać TUTAJ.

 

Najlepsza produkcja DCEU?

Zanim jeszcze film doczekał się premiery kinowej, ogłoszono spin-off w postaci serialu kierowanego na HBO Max. Producenci byli na tyle zadowoleni ze współpracy z Jamesem Gunnem, że zaproponowali mu stworzenie serialu o wybranej postaci z The Suicide Squad: Legion Samobójców. Jego wyborem był właśnie Peacemaker grany przez Johna Cenę. Serial ku zaskoczeniu okazał się najlepiej ocenianą produkcją z uniwersum DCEU. Jednocześnie okazała się hitem na HBO Max, rywalizując z 2 sezonem bardzo popularnej Euforii.

 

„Peacemaker, co za żart”

Peacemaker to bardzo ciekawy wybór na spin-off. To był w gruncie rzeczy najbardziej odpychający i irytujący członek tytułowego Legionu Samobójców. Stanowi on krzywe odbicie amerykańskiego bohatera — patriota gotowy poświęcić wszystko dla swojego kraju, wierzący w zaprowadzenie pokoju poprzez masowy mord.

Gołąb pokoju na klacie, wielka spluwa w kaburze jednocześnie. Gotów dla tych pustych ideałów zdradzić nawet własnych towarzyszy jak w finale Legionu Samobójców: The Suicide Squad. Jak zabijany przez niego Rick Flag (Joel Kinnaman) powiedział na końcu – „Peacemaker, co za żart„. W tej samej scenie widzimy, jak na twarzy Johna Ceny maluje się wiele wątpliwości.

Te ostatnie słowa okazały się motorem napędowym do dalszych działań w jego własnym serialu. Zmusiły go do przemyślenia swoich dotychczasowych działań. W produkcji HBO Max obserwujemy, jak bohater próbuje odpowiedzieć sobie na pytania. Zastanawia się, kim jest, co na niego wpłynęło, kim powinien być Peacemaker? Czy zawsze pozostanie żartem?

 

Sprawdź także: Czy Spotify traci artystów przez podcast Joe Rogana?

 

Peacemaker a Christopher Smith

Peacemaker opowiada nie tyle, o tytułowym superbohaterze, co o Christopherze Smicie kryjącym się pod jego maską. Człowieku, wychowanym w wyjątkowo toksycznym środowisku, w którym wpajano mu nacjonalistyczne ideały, wypierano ludzkie odruchy i nauczono zabijania.

James Gunn dokonuje tutaj wiwisekcji zarówno superbohaterów, jak i toksycznej męskości i amerykańskiego patriotyzmu. Powraca do motywów, które poruszał już w swoim filmie z 2010 roku, czyli Super, ale można też dostrzec analogię do Alana Moore’a i jego komiksu Watchmen. Pokazuje, kim tak naprawdę mogą okazać się superbohaterowie — bandą psychopatów, fanatyków, lub ludzi z traumami i kompleksami.

Śmieszny kostium, pseudonim i patetyczne hasełka służą głównie za pretekst do bezsensownej przemocy, albo mają wypełnić braki w ich ego. Są dowcipem, podobnie jak usłyszało o sobie główny bohater serialu.

 

 

Poznajmy Christophera Smitha

W trakcie serialu poznajemy coraz dokładniej postać Christophera Smitha. Odkrywamy, skąd narodziły się jego wszystkie negatywne cechy, ile cierpienia za nimi się kryje. Widzimy także, jak próbuje walczyć ze swoimi słabościami, zrozumieć samego siebie i zacząć budować jakieś zdrowe relacje z innymi ludźmi. Ludźmi, którzy podobnie jak on również czują się odrzuceni i potrzebują wsparcia drugiego człowieka.

 

Sprawdź także: Ranking najlepszych filmów o nastolatkach ostatnich 20 lat

 

Dogłębna charakterystyka Peacemakera

Reżyser sięga tutaj po swoje ulubione tropy z ostatnich filmów, takich jak motyw dysfunkcyjnej rodziny, czy toksycznej reali z ojcem. Jednocześnie dzięki większemu metrażowi jest tutaj więcej miejsca na pogłębienie postaci i relacji między nimi niż w Strażnikach Galaktyki, czy Legionie Samobójców: The Suicide Squad. Dużo tutaj skupienia jest na małych chwilach, podczas których dostrzegamy ludzkie emocje, jak bohaterowie rozmawiają o muzyce, albo zakładają swoją grupę dyskusyjną i dzielą się zdjęciem.

Te chwile najmocniej kreślą charaktery postaci i pozwala nam uwierzyć w nie. Obserwowanie perypetii bohaterów przypomina trochę sesję RPG. To gromada barwnych bohaterów — każdy ma własne natręctwa, zwyczaje, problemy — w trakcie misji nieustannie wymieniają się abstrakcyjnymi pomysłami, podejmują spontaniczne decyzje. Ten dziwny, wymykający schematom sposób pisania postaci nadaje im więcej wiarygodności i łatwiej uwierzyć w przyjaźń między nimi.

 

Doskonały soundtrack w serialu Peacemaker

Warto podkreślić również, że reżyser raz jeszcze dobrał niesamowity soundtrack złożony z legendarnych, pop-rockowych utworów. Podobnie jak w poprzednich filmach jest ważnym narzędziem narracji. Bohaterowie wyrażają się za pomocą muzyki, dzielą się swoimi muzycznymi fascynacjami. Niejeden raz uświadczymy tu ciekawą grę kontrastem. Jak wydźwięk danej muzyki nagle się zmienia w zależności od kontekstu, nabiera bardziej tragicznego wymiaru. Mało który twórca tak inteligentnie operuje ścieżką dźwiękową.

 

 

Dekonstrukcja superbohaterów

Otrzymaliśmy już filmy będące parodią superbohaterów, naśmiewające się z najróżniejszych postaci i tropów z serią Deadpool na czele. Jednak James Gunn zabiera się za to z nieco innej strony. Bohaterowie w żadnym momencie nie przełamują czwartej ściany, nie odnoszą się bezpośrednio do filmów superhero, ale wyśmiewają samych superbohaterów, ich ideały, wszelkie absurdy z nimi związane. Co dalej rozwija temat polemiki na temat definicji superbohatera podjętej w serialu.

 

Sprawdź także: Hurling – sport tylko dla odważnych

 

Dekonstrukcja Peacemakera

Najlepszym żartem są właśnie główni bohaterowie, jak Peacemaker, czy jego przyjaciel Vigilante — czy to nadal są superbohaterowie, czy już złoczyńcy? Do jakiego momentu zabijanie ludzi staje się heroicznym czynem, a kiedy zwykłą zbrodnią?

Świetnie tutaj Gunn bawi się swoim specyficznym poczuciem humoru. Gagi są często prostackie, wulgarne, przekraczające granice dobrego smaku, ale zawsze mają swoje zastosowanie. Żarty mają tutaj swój pay-off, prowadzą do konkluzji, często bardzo gorzkiej, ukazującej kolejne niuanse bohaterów. Historia, która początkowo była głównie parodią superbohaterów, z czasem staje się dramatem o rodzinnej tragedii, potrzebie miłości i szukaniu odkupienia.

 

(Super)bohater (tragi)komiczny

Z każdym kolejnym odcinkiem elementy dramatyczne wychodzą coraz mocniej na pierwszy plan. Gunn nie obraża w żadnym momencie inteligencją widzów, nie ucieka się do sentymentalizmów i taniej ekspozycji. Większość retrospekcji to zaledwie sekundowe przebitki, które za każdym razem jak wracają nabierają nowego wymiaru. Twórcy nie boją się zatrzymać się na chwilę i po prostu skupić się na emocjach bohaterów, bez jakichkolwiek dialogów, monologów.

Sam dobór aktorów jest doprawdy zaskakujący. John Cena jest aktorem podobnego nurtu, co Dwayne Johnson — były zapaśnik wrestlingowy grający głównie w filmach akcji. W swoich dotychczasowych rolach pokazał, że ma w sobie sporo charyzmy, jednak tutaj pokazuje, że również w momentach dramatycznych potrafi zabłyszczeć. Jest kilka momentów, w których kamera skupia się wyłącznie na jego twarzy, często kiedy nawet nic nie mówi — ale widać w nim masę refleksji i wątpliwości.

W rolę Vigilante jego przyjaciela wciela się Freddie Stroma — postać z pozoru podobną do Deadpoola, jest on głównym nośnikiem żartów, ale w kilku momentach pokazuje swoje mroczniejsze oblicze. Świetny jest jeszcze odtwórca ojca Christophera Smitha, którego gra Robert Patrick, którego kojarzyć możemy z roli T-1000 z Terminatora 2  i jakimś cudem jest jeszcze bardziej przerażający.

 

 

Peacemaker – mainstreamowy serial klasy B

James Gunn powraca tutaj także do swoich korzeni z czasów, w których zajmował się kinem klasy B i łączy je z naprawdę profesjonalnym warsztatem. Otrzymujemy tropy, które Gunn poruszał w filmie Robale (Slithers) z motywem inwazji obcych porywających ciała, czy mocno podkręcone sceny gore z wykorzystaniem praktycznych efektów.

W pełni świadomie wykorzystuje tanio wyglądające kostiumy, czy elementy scenografii. Pod wieloma względami wygląda to, jak jego stary, niezależny film z niewielkim budżetem. Paradoksalnie, kiedy trzeba, technicznie serial zrealizowany jest z polotem. Posiada, świetnie nakręcone sceny akcji w których montaż nie drażni i można przyjrzeć się ruchom aktorów.

Czuć każdy zadany cios, zmęczenie, a groteskowa przemoc połączoną z czarnym humorem dostarcza sporo satysfakcji. Jest też kilka świetnie wykonanych efektów CGI, co widać najlepiej po kompanie głównego bohatera, czyli Orzełku (trudno odróżnić ujęcia z prawdziwym orłem z modelem CGI).

 

Sprawdź także: Quebonafide leak – czyli coś przecieka

 

Peacemaker recenzja – podsumowanie

Peacemaker to nie tylko jeden z najlepszych seriali superhero, ale także jeden z najbardziej autorskich projektów Jamesa Gunna, w którym przelał wszystkie swoje fascynacje superbohaterami, czy popkulturą ogólnie. Pokazuje także, dlaczego warto sięgać po tak niszowe i zapomniane komiksowe postacie jak Peacemaker. Paradoksalnie kryją w sobie większy potencjał, niż popularni „peleryniarze”, ponieważ oferują większą swobodę kreatywną i zupełnie inną perspektywę.

W trakcie tych 8 odcinków odbywamy z bohaterem podróż i widzimy jak z żartu, którym był na początku urasta do rangi… superbohatera? Nie. Lepszej wersji samego siebie. Z resztą sami sprawdźcie poniższy zwiastun Peacemakera produkcji HBO Max.

 

YouTube player

 

Dodaj odpowiedź

Twój e-mail nie będzie opublikowany.

Sprawdź jeszcze

Więcej naszych wpisów