lifestyle

Dziedzictwo Stranger Things mierzy się ze spadkiem formy – recenzja 1. części 4 sezonu

Po 3 latach od premiery trzeciego sezonu ulubieni bohaterowie z Hawkins wracają po długiej przerwie w nowym sezonie, rozbitym na dwie części (premiera części drugiej już w lipcu). Czy sukces Stranger Things przetrwał próbę czasu? UWAGA: Artykuł zawiera spoilery!!!

Po 3 latach od zakończenia 3 sezonu największy hit Netflixa wraca w czwartej odsłonie, tym razem rozbitej na dwie części. Ponieważ wiele wątków w serialu było niedomkniętych, fani prześcigali się w teoriach dotyczących tego, co przyniesie przyszłość bohaterów z Hawkins. Mimo długiej przerwy, emocje fanów nie zdążyły opaść, a wieść o premierze 4 sezonu wywołała burzę i ekscytację w mediach społecznościowych. Stranger Things bowiem przez trzy sezony triumfował świetnym odbiorem wśród widzów i krytyków. Nowy sezon nie tylko przedstawił nowe zagrożenie, ale przede wszystkim odpowiedział na wiele pytań pojawiających się na przestrzeni 6 lat od premiery pierwszego odcinka serialu. Czy przedstawione w nim rozwiązania fabularne są zadowalające?

Jeśli należycie do grona nieprzepadającego za 3. sezonem Stranger Things, czwarty raczej nie przypadnie wam do gustu. Sezon 4 bowiem powtórzył grzeszki trzeciego ze zdwojoną siłą. Jeśli jednak lubicie rollercoaster emocji, błędy logiczne i pastiszowy horror — ten sezon jest dla was. 4 odsłona serialu jest niczym wesołe miasteczko, do którego wracasz po kilku latach jako dorosły — wszystko jest równie kolorowe i bajeczne, jednak nie robi na ciebie już takiego wrażenia jak za pierwszą wizytą.

Nowi bohaterowie w Stranger Things 4

To, czego nie można odmówić braciom Duffer, czyli twórcom serialu, to talent do budowania ciekawych postaci. I tak nowy sezon przedstawił nam Eddiego, Chrissy, Argyle oraz Rosjanina pod pseudonimem Enzo. Cała zgraja nowych bohaterów dodaje poczucie świeżości i nowej energii. Eddie to znany już nam archetyp zbuntowanego metala, którego wcześniej reprezentował Billy. Tym razem jednak jest to postać jak najbardziej pozytywna, której na dodatek nie da się nie lubić. Jego szaleńcza obsesja na punkcie Dungeos & Dragons sprawia, że nawet najciekawsza rozgrywka Monopoly wydaje się nudniejsza niż lekcja matematyki. Joseph Quinn bije charyzmą mocniejszą niż połowa oryginalnych aktorów i w parze z Gatenem Matarazzo (Dustin) przejmuje kontrolę nad całym sezonem. 

Ze starych bohaterrów fani najbardziej oczekiwali powrotu Steava Harringtona, czyli postaci, która najbardziej ewoluowała na przestrzeni wszystkich sezonów (od  popularnego szkolnego przystojniaka, do sympatycznego nerda, niańczącego bandę kilkunastolatków). Steave (w tej roli Joe Keery) nie zawodzi i jak zwykle dostarcza wielu komediowych momentów, nawet w najmroczniejszych sytuacjach. Talent i czar Joego to jeden z najjaśniejszych punktów całej serii.

 

Sprawdź również: Fantastyczne Zwierzęta i wielki niewypał – co poszło nie tak z prequelem Harrego Pottera?

 

Nowy przeciwnik, stara forma

Vecna, czyli nowy czarny charakter, pojawia się w życiu bohaterów bez ostrzeżenia. Przedstawienie nowego potwora nastąpiło szybko, bo już w pierwszym odcinku. Ta szybka ekspozycja niestety działa na niekorzyść serialu. Widz od pierwszego odcinka ma uwierzyć w istnienie potwora, który w poprzednich sezonach nawet nie ujawnił swojej obecności, mimo wielokrotnego igrania bohaterów z podziemnym światem. Oczywiste jest, że twórcy serialu chcieli przedstawić zło, jakiego nikt wcześniej na ekranie nie widział, aby zachęcić nas do powrotu do ukochanego serialu. Jednak kosztowało ich to zatraceniem logiki i suspensu, budowanego tak skrupulatnie przez cały pierwszy sezon.

Prawdziwa motywacja Vecny nie została jeszcze objawiona, także za wcześnie jest, by oceniać jej prawdziwe oblicze, ale jak na pierwszych 7 odcinków, główne zagrożenie wydaje się mocno przerysowane i kreskówkowe niczym z Rodziny Addamsów. Nawoływania Vecny w wizjach przestraszonych ofiar brzmią niczym z blockbustera lat 90. “Mumia” – zbyt sztucznie, aby brać je na poważnie. Mnie Vecna nie przestraszyła, nie wzruszyła ani nie zaskoczyła — obojętność wobec głównego przeciwnika to największa wtopa sezonu, jaką twórcy mogli zaliczyć.

Komediodramat bez rąk i nóg

Nowy sezon Stranger Things podzielony jest na kilka wątków, które przeplatają się ze sobą, przedstawiając nam równoległe działania bohaterów w czterech różnych lokalizacjach. Zdecydowanie najciekawszym z nich jest wątek Hawkins, gdzie grupa złożona z Max, Lucasa, Dustina, Steava, Nancy i Robin próbuje rozwikłać zagadkę morderstw na nastolatkach. Największym zaskoczeniem sezonu jest postać Max, która awansuje do pierwszoplanowej postaci, straumatyzowanej przez wydarzenia z poprzedniego sezonu, co automatycznie mianuje ją do jednej z ofiar Vecny. Jest to jedna z najlepszych decyzji twórców, która dała Sadie Sink okazję do popisu swoich umiejętności aktorskich. Postać Eleven (Millie Bobby Brown), dotychczasowa faworytka i główna bohaterka serii, znika na drugi plan, w celu odzyskania swoich nadprzyrodzonych mocy.

Jednak wątek, który najmniej trzyma się kupy, to wątek Hoppera, którego powrót zapowiedziano zaraz po premierze 3 sezonu. Ulubiony detektyw został pojmany przez KGB, o czym uważni fani wiedzieli na długo przed nowym sezonem. Sceny ukazujące jego pojmanie, przesłuchanie, torturowanie i więzienie bardzo odstają klimatem od reszty wątków w nowym sezonie. Serial niegdyś przyjazny dzieciakom staje się dramatem dla dorosłych poprzez wprowadzenie okrutnych scen z więzienia. Tragiczny los Hoppera przeplatany z komediowymi wątkami z Kalifornii czy Hawkins jest bardzo niesmaczny i nie pasuje do dotychczasowego motywu serii. Twórcy zapewniają jazdę bez trzymanki, wprowadzając widza w bardzo ekstremalne emocje. Sesja kilku odcinków nowego sezonu z pewnością nie zostawi was w stanie relaksu. I to z reguły świadczyłoby o dobrze wykonanej pracy filmowców, gdyby serial miał jeszcze ręce i nogi.

 

Sprawdź również: Ranking najlepszych filmów o nastolatkach ostatnich 20. lat

 

Zaburzony klimat

Stranger Things od początku operowało znanymi już w Hollywood clichami, nawiązującymi do blockbusterów z lat 80. i za to serial był najbardziej uwielbiany. Jednak początkowe sezony jedynie nawiązywały do znanych hitów w bardzo wysublimowany sposób, puszczając oczko do uważnych zjadaczy pop-kultury lat 80. Zarówno 3 i 4 sezon odszedł od tej formy i zaczął wciskać blockbusterowe stereotypy na siłę. Najnowszy sezon to nie tylko powrót do filmów przygodowych z lat 80. ale również nawiązanie do klasycznych horrorów młodszych o jedną dekadę, takich jak Koszmar z ulicy Wiązów czy Carrie. Ten sezon zdecydowanie więcej czerpie z gatunku horroru niżeli z filmów przygodowych. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że sceny grozy są tu nagrane bardzo amatorsko, a SGI wygląda nader tandetnie.

Pierwsze 8 minut nowego sezonu było dostępne w internecie jeszcze przed premierą pierwszego odcinka. Fragment z przeszłości Eleven zapowiadał powrót do korzeni laboratorium w Hawkins i nastawiał fanów na dalszą eksplorację świata przedstawionego w pierwszym sezonie. Jednak zaraz po wstępie klimat ten całkowicie się zaburzył na rzecz przerysowanych postaci, zachowujących się jak karykatury znanych i lubianych bohaterów z poprzednich odsłon Stranger Things. Na dodatek, pierwszy odcinek w niepotrzebnie długiej ekspozycji przedstawił nam sytuację głównych bohaterów, tylko po to, aby w ostatnich 10 minutach zaskoczyć nas wyjątkowo ciekawą sceną „opętania” przez nowego potwora z podziemia. Podczas gdy pierwszy sezon trzymał widza w napięciu już od pierwszego aktu, najnowszy leniwie przeciąga niektóre wątki, w wyniku czego traci na suspensie i zaangażowaniu fanów.

Niedorzeczne rozwiązania fabularne

Jakkolwiek fantastyczne nie byłyby wątki w Stranger Things, najmniej realistyczne nie są jednak potwory czy nadprzyrodzone moce, ale sceny ukazujące niesamowicie udolne wychodzenie z wszelkich opresji. Joyce i Murray w misji odbicia Hoppera z więzienia nagle stają się Tomem Cruisem w Mission: Impossible przejmującym sterowanie nad porwanym samolotem. Para rozbija się w rosyjskim lesie i nie dość, że przeżywa katastrofę lotniczą, to jeszcze bez wysiłku włamuje się do tajnego, niezwykle rygorystycznie strzeżonego więzienia. Jakoś łatwiej jest mi w stanie uwierzyć w potwora nawiedzającego straumatyzowanych nastolatków niż w parę 40 latków ratujących Hoppera z opresji.

Kolejnym “pójściem na łatwiznę”, jest odnalezienie tajnego laboratorium przez grupę złożoną przez Mike’a, Willa, Jonathana i jego zjaranego kumpla. Wystarczy, że chłopcy poproszą o pomoc dziewczynę Dustina, Suzie, aby zhakować lokalizację tajnej organizacji położonej głęboko pod ziemią, której nie może odnaleźć nawet Amerykańskie wojsko. Ot, wystarczyło użyć geniuszu 14-latki lubiącej komputery.

Największą burzę w internecie wywołał jednak ostatni odcinek, który odkrywa przed nami bardzo dużo kart na raz. Wśród fanów pojawiły się zachwycone głosy, gloryfikujące niespodziewany zwrot akcji w ostatnim odcinku części pierwszej. Jednak ciężko tu mówić o dobrym rozwiązaniu, podczas gdy odkryte karty przedstawiają niespójność fabularną i leniwe scenopisarstwo. Twórcy zdecydowali się pójść na skróty i wypełnić wiele dziur fabularnych za pomocą jednej postaci. Odeszli tym samym od ciekawszych rozwiązań, czerpiących bardziej z Teorii Wieloświata, niżeli z prostej fantastyki.

 

Obejrzyj teaser drugiej części 4 sezonu Stranger Things tutaj.

 

Werdykt

Nowy sezon Stranger Things jest bardzo nierówny. Z jednej strony przedstawia nam nowe zło, którego powinniśmy się obawiać, jednak w każdym odcinku przełamuje dramatyczne tony niestworzonymi historiami o dzielnych bohaterach z Hawkins, pokonujących KGB, hakujących komputery tajnych organizacji i włamujących się do pilnie strzeżonych instytucji, takich jak szpitale psychiatryczne. Dzieciaki z Hawkins są bardziej przebiegłe i niepokonane niż James Bond, Szerlok Holmes i Tom Cruise razem wzięci. I to wszystko bez pomocy nadprzyrodzonych mocy Eleven.

Z ostatecznym werdyktem należy jednak jeszcze poczekać, ponieważ dopiero 1 lipca pojawi się druga część sezonu 4, w której dowiemy się, jak potoczyły się dalsze losy bohaterów. Jak na razie serial przeżył mocny spadek formy. Można założyć, że twórcy zachłysnęli się sukcesem pierwszych trzech sezonów i nie przykładają już uwagi do logicznego poprowadzenia fantastycznych wątków. Dziedzictwo Stranger Things jednak jest wystarczająco mocne, aby mimo słabego sezonu przekonać fanów na ponowny powrót przed ekrany i ponownie zaangażować ich w akcję wydarzeń w Hawkins. Nie można tutaj odmówić wyobraźni twórcom, którzy stworzyli świat tak bardzo angażujący, że nawet po kiepskim odbiorze nowego sezonu, nie pozwoli mi zrezygnować z kontynuacji serialu.

Dodaj odpowiedź

Twój e-mail nie będzie opublikowany.

Sprawdź jeszcze

Więcej naszych wpisów